OPINIA

Niskie koszty pracy nie przyniosą sukcesu

3 lipca 2015


Rzeczpospolita

Polska musi przyciągać inwestycje w sektorach o wysokiej wartości dodanej – tłumaczy Grzegorzowi Siemionczykowi ekonomista Banku Światowego Theo Thomas.

Rz: W ubiegłym roku Węgry były drugą, za Irlandią, najszybciej rosnącą gospodarką UE. Prognozy KE zakładają, że ten rok będzie niewiele gorszy. Czy ten dynamiczny rozwój węgierskiej gospodarki ma jakiś związek z reformami rządu Orbána, które – w oczach większości komentatorów – miały być prostą drogą do gospodarczej katastrofy?

Gospodarki Europy Środkowo-Wschodniej, jeśli chodzi o motory wzrostu, są dość podobne. Teraz sprzyja im silna integracja z globalnymi łańcuchami dostaw, zwłaszcza powiązania gospodarcze z zachodnią Europą, gdzie koniunktura się poprawia. Jednocześnie spadek cen ropy naftowej wspiera wydatki konsumpcyjne. Jeśli zaś chodzi o konkretne reformy obecnego rządu Węgier, to gospodarce mogło pomóc przewalutowanie kredytów frankowych. Na dłuższą metę jednak stabilny rozwój wymaga wzrostu inwestycji prywatnych, a to z kolei zależy od klimatu inwestycyjnego. Niektóre reformy rządu wzbudzają obawy właśnie dlatego, że mogą mieć niekorzystny wpływ na klimat inwestycyjny w dłuższym okresie.

W Polsce w kampanii przed wyborami prezydenckimi pojawiały się pomysły skopiowania nad Wisłą niektórych pomysłów węgierskich, np. opodatkowania banków, sieci handlowych itp. Czy to jest dobry pomysł?

Politycy inspirują się reformami z innych państw. To zrozumiałe. Skoro niektóre ze zmian przeprowadzonych na Węgrzech, początkowo traktowanych w Europie sceptycznie, nie przyniosły tak negatywnych skutków, jak ostrzegano, niewątpliwie dało to politykom z innych państw do zrozumienia, że być może mają większe pole manewru, niż sądzili. Nie oznacza to jednak, że węgierskie pomysły zaczną być – a tym bardziej, że powinny być – kopiowane gdzie indziej.

Brakującym ogniwem ożywienia gospodarczego na Zachodzie są wydatki inwestycyjne firm. Tymczasem w Polsce od kilku kwartałów to jest główny motor wzrostu PKB. Jak to tłumaczyć?

W ub.r. w Polsce doszło do silnego odbicia wydatków inwestycyjnych firm, które wcześniej były wstrzymywane, m.in. w związku ze słabością otoczenia zewnętrznego. Poziom wykorzystania mocy produkcyjnych w Polsce był w efekcie wysoki i firmy nie mogły już zwlekać z inwestycjami. W tym roku ten trend powinien być kontynuowany.

Natomiast patrząc w nieco dalszej perspektywie, wiele będzie zależało od tego, czy Polska będzie nadal – tak jak w ostatnich latach – prowadziła reformy poprawiające klimat inwestycyjny i czy będzie dobrze wykorzystywała pieniądze z UE, które będą napływały jeszcze przez kilka lat. Ale też w coraz większym stopniu liczyła się będzie jakość inwestycji, a nie sama ich wartość i tempo wzrostu.

Idzie o to, żeby Polska ściągała coraz więcej inwestycji w sektorach o wysokiej wartości dodanej. To prawda, że takie inwestycje nie zawsze są pracochłonne, ale za to oferują miejsca pracy lepszej jakości.

Tradycyjnie inwestycje w Polsce były importochłonne. Obecnie jednak szybkiemu wzrostowi inwestycji towarzyszy nadwyżka w handlu zagranicznym. W tym kontekście można się spotkać z tezą, że model wzrostu polskiej gospodarki się zmienia, zbliża się do modelu azjatyckiego. To uprawniony wniosek?

Choć Polska w ostatnich latach częściej notowała deficyt handlowy niż nadwyżkę, eksport netto już od dłuższego czasu był istotnym czynnikiem wzrostu PKB, w parze z napływem bezpośrednich inwestycji zagranicznych (FDI). Spodziewamy się, że ten trend będzie kontynuowany, a Polska będzie nadal zwiększała swój udział w globalnych rynkach towarów i usług bardziej, niż to wynika z tempa wzrostu jej gospodarki. To powiedziawszy, polski eksport jest wciąż zorientowany przede wszystkim na inne kraje UE, a jego struktura produktowa jest dość stabilna. Inaczej mówiąc, polscy eksporterzy – podobnie zresztą jest w innych krajach regionu – nie radzą sobie najlepiej z wchodzeniem na nowe rynki lub wprowadzaniem na stare rynki nowych produktów. Jeśli Polska rzeczywiście chciałaby utrzymać azjatycki model wzrostu opartego na eksporcie, musi też eksportować innowacyjne produkty i usługi, których konkurencyjność nie będzie się opierała tylko na relatywnie niskich kosztach pracy. W tym obszarze widać jednak obiecujące sygnały.

Powiedział pan, że wzrost polskiego eksportu szedł w parze z napływem FDI. Tymczasem ten ostatni pozostaje dużo mniejszy niż przed globalnym kryzysem. To się może jeszcze zmienić?

Ani w Polsce, ani w innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej nie oczekiwałbym powrotu takiego tempa wzrostu inwestycji, w tym zagranicznych, jakie obserwowaliśmy przed kryzysem. Wynika to z tego, że wtedy częściowo trafiały one do sektorów, które były przegrzane, np. nieruchomościowego. Chociaż poziom FDI generalnie się obniżył, inwestycje są lepiej ukierunkowane, dotyczą w dużej mierze sektorów, których produkty i usługi są przedmiotem handlu międzynarodowego. To zarazem oznacza, że o te inwestycje kraje mogą ze sobą konkurować, co zwiększa znaczenie reform strukturalnych skutkujących większą efektywnością rynku pracy, ułatwiających prowadzenie biznesu, usprawniających prawo upadłościowe i naprawcze itp. To bowiem podnosi atrakcyjność kraju w oczach inwestorów. Ale trzeba też mieć na uwadze to, że Polska nie potrzebuje dziś już tyle bezpośrednich inwestycji zagranicznych, co np. w latach 90., gdy była mocno zapóźniona w rozwoju, a rodzimego kapitału było jak na lekarstwo. Dziś polskie spółki mogą bez większych przeszkód pożyczać kapitał na krajowych i zagranicznych rynkach i inwestować go w kraju.

Wśród reform, które Bank Światowy rekomenduje nie tylko krajom naszego regionu, ale Europie w ogóle, jest m.in. usuwanie barier w handlu. Czy to oznacza, że jednolity rynek w Europie szwankuje?

Europejski rynek nie jest po prostu wciąż w pełni jednolity. Osiągnięcie tego celu wymaga jeszcze wielu zmian. Wciąż istnieją między krajami poważne różnice w prawie, np. dotyczącym zakładania spółek, pozwoleń na budowę, ochrony konsumentów, pozwoleń na pewne typy działalności itp. Obieg kapitału w UE także nie jest jeszcze w pełni swobodny. Dobrą ilustracją tego, że wspólny europejski rynek nie działa jeszcze tak, jak należy, jest niedawny spór między Polską a Niemcami o to, czy niemiecka płaca minimalna powinna obejmować także kierowców ciężarówek przejeżdżających przez Niemcy. Te różnice mogą podnosić koszty i zwiększać niepewność w działalności handlowej.

Czy Europie potrzebna jest dalsza harmonizacja podatków, w tym ujednolicenie stawek CIT?

Nie sądzę. Poszczególne kraje członkowskie różnią się pod względem struktury gospodarczej i wydatkowej, mają inne systemy zabezpieczeń społecznych, jest więc zrozumiałe, że mogą mieć inne struktury wpływów do budżetu. Istotna jest jednak przejrzystość w sprawach podatkowych i mechanizmy zapobiegające sytuacjom, w których kraje UE konkurują między sobą, wykorzystując środki uznawane za niejasne lub niesprawiedliwe, wybiórczo przyznawane niektórym podmiotom.

CV

Theo Thomas jest głównym ekonomistą do spraw Europy Środkowo-Wschodniej i centralnej Azji w Banku Światowym. Odpowiada m.in. za program walki z ubóstwem w tym regionie. W latach 2003–2009 pracował w Międzynarodowym Funduszu Walutowym.



Api
Api