OPINIA

Obudzić śpiące królewny

21 kwietnia 2015


Marcin Piątkowski Dziennik Gazeta Prawna

Każdy kraj prowadzi politykę przemysłową. Polska też. Mamy nawet sporo bardzo dobrych programów rozwoju. Od 1989 r. Powstało z 300 strategii. Tylko nie są realizowane.

Zachęcamy w naszej gazecie do dyskusji o konieczności zwiększenia w Polsce roli przemysłu. A może jednak wystarczy gospodarka oparta tylko na usługach? Czy faktycznie potrzebujemy nowej polityki przemysłowej?

Każde państwo prowadzi politykę przemysłową, bo żadne nie jest gospodarczo neutralne. Na przykład USA inwestują w te sektory, które zdaniem tamtejszych decydentów mają największe szanse na rozwój i przynoszą największą wartość dodaną. To IT, nanotechnologie i biotechnologie. Jednak polityka przemysłowa niejedną ma twarz – osłabianie waluty też jest jej przejawem, bo taka decyzja wspiera eksporterów, a szkodzi importerom. Trudno wyobrazić sobie politykę gospodarczą, która nie byłaby polityką przemysłową nakierowaną na wspieranie tej części gospodarki, która naszym zdaniem ma szanse rozwinąć nas szybciej.

Jakie sektory gospodarki wygrywają w tej konkurencji?

Raz modny jest przemysł przetwórczy, a innym razem usługi. Ale moim zdaniem warto rozwijać i jedno, i drugie, wybierając z tych sektorów te branże, które mają największy potencjał. Często nie doceniamy usług, bo mamy problem z mierzeniem wydajności pracy w tym sektorze. W przemyśle, np. gdy wyprodukujemy samochód, to wiemy, ile godzin zajęła praca nad nim, ile kosztowały części i robocizna, że sprzedamy go za 11 tys. dol. i będziemy mieli tysiąc dolarów zysku. W usługach taka wycena jest o wiele trudniejsza, bo większość z ceny usługi jest niematerialna i dlatego trudna do zmierzenia. Bo jak wycenić korzystne dla klientów zmiany w bankowości, do których doszło dzięki upowszechnieniu bankomatów, bankowości online czy kart paypass? Nie widzimy tego w statystykach wydajności. Choć to problem metodologiczny, to jest fundamentalny, bo bez możliwości wiarygodnego porównania wydajności pracy w przemyśle i usługach często nie możemy powiedzieć, kto jest ważniejszy.

Ale jakieś decyzje musimy podjąć?

W obu tych sektorach są dziedziny, które się wybijają. W Polce w sektorze usług dobrze rozwija się BPO (business process outsourcing, outsourcing procesów biznesowych). Może nie ma wartości dodanej poziomu Apple’a, jednak kilka lat temu ta wartość w ogóle nie istniała. Myślę, że długo trzeba byłoby szukać dziedziny naszego przemysłu, która rozwijałaby się w zbliżony sposób. To pokazuje, że polityka przemysłowa, mimo swojej nazwy, nie musi dotyczyć tylko przemysłu. Ona jest bardziej odpowiedzią na fundamentalne pytanie polityki gospodarczej: czy ma ona tylko umożliwiać wzrost, co oznacza  generalnie tworzenie otoczenia przyjaznego dla przedsiębiorczości, czy decydujemy się też na świadome wspieranie jakichś rodzajów działalności gospodarczej, np. badań i rozwoju, sektora IT, energetyki, które są ważne dla kosztów wytwarzania całej gospodarki? I to jest sens polityki przemysłowej.

Mówi pan o zrównoważonym rozwoju. Czy po 1989 r. nie położyliśmy zbyt dużego nacisku na usługi, a odziedziczony po PRL przemysł, w dużej mierze nieefektywny czy kosztochłonny, traktowaliśmy po macoszemu?

Z mierzeniem poziomu równowagi w gospodarce jest jak z ocenami za wartość artystyczną w łyżwiarstwie figurowym. To kwestia subiektywna. Przecież nie ma metodologicznego metra z Sèvres, który określa, że w zdrowej gospodarce w PKB powinno być np. 25 proc. przemysłu i ileś procent usług. I bardzo dobrze, bo to nie miałoby sensu. Ekonomia mówi, że powinniśmy się opierać przede wszystkim na przewagach komparatywnych, czyli wykorzystywać to, w czym jesteśmy najlepsi. Niektóre kraje – jak Niemcy – są lepsze w przemyśle i to jest ich atut, inne – jak Indie – w usługach, bo mają ogromne zasoby taniej i wykwalifikowanej siły roboczej, dzięki czemu są konkurencyjne.

A jak wygląda polska gospodarka na tym tle?

Nadal mamy ok. 20-proc. udział przemysłu w PKB. To znacznie powyżej unijnej średniej. Na przykład we Francji udział przemysłu w PKB to 11 proc. Z kolei w kojarzonej głównie z usługami Wielkiej Brytanii udział przemysłu jest wyższy niż we Francji. Jak widać, Polska odbiega in plus, jeśli chodzi o ten wskaźnik, teraz więc musimy zadać sobie pytanie – czy chcielibyśmy więcej przemysłu? A jeśli tak, to jakiego? Bo pewnie możemy mieć więcej montowni pralek czy suszarek, tylko nie o to nam chodzi. Chodzi o wartość dodaną wytworzoną w kraju. Czyli nie o kolejnego producenta, który złoży u nas lodówkę, i będziemy zadowoleni, że nam wskaźnik przemysłu w PKB skoczył, tylko o to, jaka część wartości tej pralki powstała w Polsce. I tu się rodzi inna dyskusja: czy zależy nam bardziej na np. 100 zł wartości dodanej z każdej  lodówki, czy może lepsze jest to 200 zł z BPO w Krakowie, gdzie pracownik wprowadza dane do systemu księgowego zachodniej firmy.

Jak w kontekście tych montowni ocenia pan naszą dotychczasową politykę przemysłową?

Polska prowadziła politykę przemysłową, często nie zdając sobie z tego sprawy. Nawet w latach 90., gdy minister Tadeusz Syryjczyk rzucił jakże nośne hasło, że najlepszą polityką przemysłową jest jej brak. Ale tak nie jest. Każda decyzja gospodarcza wpływa inaczej na różne sektory gospodarki. A co do oceny polityki, to akurat ja uważam, że dobrze nam poszło. Możemy sobie wiele rzeczy wyrzucać, ale koniec końców po raz pierwszy w naszej historii zostaliśmy mistrzem Europy we wzroście gospodarczym od 1989 r. Zwiększyliśmy nasze PKB na głowę ponad dwa razy i zostawiliśmy wszystkich innych w tyle. Jesteśmy też jednym z globalnych tygrysów, który w ciągu ostatnich 20 lat rozwinął się nawet szybciej niż Korea, Tajwan czy Singapur. Bardzo wiele nam się udało, dzięki czemu wkroczyliśmy w nasz nowy złoty wiek. Jeszcze nigdy w historii nie żyło nam się tak dobrze. A czy mogło być lepiej? Oczywiście. Ale mogło być też o wiele gorzej, czego przykładem jest Ukraina, która na początku transformacji miała taki sam poziom dochodu jak Polska, a dzisiaj jest trzy razy biedniejsza. Myślę, że cały czas kuleją u nas jakość instytucji i sprawność operacyjna. To dziedziny, w których państwo może działać lepiej, bo nie wierzę w doktrynalnie zarządzone wsparcie dla poszczególnych branż.

A potrafimy myśleć strategicznie?

Tak. Strategii jest dużo i są coraz lepsze. Ale kiedyś bokser Mike Tyson pytany o to, czy nie obawia się strategii przeciwników, którzy w kolejnych pojedynkach chcieli odebrać mu mistrzowski pas, powiedział, że ich plany walki z nim w ringu działają tylko do momentu, w którym on wyprowadza pierwszy cios. I tak jest u nas – dobrze wychodzi nam opracowywanie strategii rozwoju gospodarczego, bo od 1989 r. było ich pewnie ponad 300, ale gorzej jest z wprowadzeniem ich w życie. Widać ten problem np. w obszarze wsparcia innowacji. Jako Bank Światowy wykonaliśmy analizę systemu wsparcia innowacji w Polsce i wyszło nam, że często zakładamy jedno, a wychodzi drugie. Miał być chateaubriand, a jest kiełbasa. Polska chciała wspierać innowacyjne małe i średnie firmy, skończyło się na wsparciu większych. Mieliśmy wspierać badania i rozwój w sektorze wysokich technologii (high tech), a wspieraliśmy w sektorze niskich technologii (low tech). Wreszcie mieliśmy wspierać innowacje (wysokie ryzyko), a skończyło się na absorpcji technologii czy imitacji. To pokazuje, że mamy kłopot z realizacją założonych celów.

Skąd ten problem?

Instytucje są tak dobre, jak ludzie, którzy nimi zarządzają. A przecież skoro zgadzamy się z tym, że innowacje są kluczowe, by dogonić Zachód, to w instytucjach wspierających innowacje powinni pracować najlepsi ludzie z administracji publicznej. To powinny być nasze siły specjalne, taki gospodarczy GROM. Bo tam, gdzie są innowacje, jest też największe ryzyko, więc trzeba być najbardziej elastycznym, energicznym, kompetentnym i zmotywowanym, by nie ponieść porażki. Takie instytucje już istnieją, jak choćby Narodowe Centrum Badań i Rozwoju (NCBR), które ma ambicję zostać mistrzem Europy we wsparciu innowacyjnych przedsiębiorstw, ale to dalej wyjątek. Jakość wielu innych instytucji, w tym instytucji otoczenia biznesu, pozostawia wiele do życzenia. Ważna jest nie tylko jakość opracowanej strategii, ale też jej wdrażanie w życie. To jak w samochodzie – najważniejszy jest silnik i układ napędowy ukryty pod maską, a nie to, co widzimy na pierwszy rzut oka.

To co trzeba zrobić, by nasz samochód był sprawny?

Kluczem do sukcesu polityki przemysłowej jest jakość oraz elastyczność kadr. To, czy ci ludzie chętnie podejmują ryzyko, czy mają jasno określone cele, czy mają system bodźców, których ich do tego zachęca, i czy ktoś ich monitoruje i ewaluuje. A my mamy problem z tymi podstawowymi zasadami zarządzania. Cele wielu instytucji nie są jasne. O bodźcach mówi zasada, że urzędy się same wyżywią bez względu na rezultat. I wreszcie monitoring i ewaluacja w Polsce kuleją. Dziś bardzo trudno powiedzieć, który program rozwoju zadziałał. Nie wiemy, bo często nie zbieramy danych i ich nie oceniamy.

A czy nasze elity mają świadomość słabości?

Zdają sobie sprawę, w jakim kierunku idziemy – i z tym nie jest źle. Ale warto się skupić na skutecznym wprowadzaniu strategii w życie, na profesjonalnym zarządzaniu procesem, na analizie efektów. Bo naszym problemem jest to, że świetnie raportujemy, ile wydaliśmy euro z Brukseli, a często nie potrafimy pokazać rezultatów wydatków: ile mamy zysku, ile nowej wartości dodanej czy ile miejsc pracy stworzyliśmy. Wzorem do naśladowania dla nas powinna być fińska agencja wsparcia innowacji Tekes. Zaprosiliśmy jej przedstawicieli, by opowiedzieli nam o swoim modelu wsparcia innowacji. Przyjechali i m.in. pokazali dwie proste na układzie współrzędnych. Jedna, prawie płaska – to tempo rozwoju firm, które nie mają z nimi nic wspólnego. Druga ostro pięła się w górę – to firmy, które dostały od nich wsparcie. Widać więc, jakie były efekty pracy tej agencji i korzyści dla gospodarki.  A jak u nas ten wykres by wyglądał?  U nas nie da się go sporządzić, bo instytucje nie zawsze zbierają i analizują dane. Nie potrafią też zadawać właściwych pytań:  nie – ile zainwestowaliśmy, ale co z tego mamy. W efekcie nie do końca wiemy, który z kilkudziesięciu instrumentów wsparcia innowacji z poprzedniej unijnej perspektywy finansowej okazał się najbardziej efektywny.

Dużo nam brakuje do najlepszych?

Na razie jesteśmy na etapie: wiemy, czego nie wiemy. Administracja musi pójść dalej, nauczyć się oceniać jakość swojej pracy, tego, co z niej wynika. Bez tego nie będzie skutecznej polityki przemysłowej. Konieczna jest np. zmiana podejścia do firm starających się o finansowanie z unijnych programów. Często hasła są szczytne, ale na poziomie wykonawczym kryteria są ustawione tak, że odrzucają firmy innowacyjne jako ryzykowne i młode jako bez doświadczenia, dokładnie takie firmy, który powinny być wsparte. W efekcie z rzeki firm, które się zgłosiły, zostaje strumień, i to takich, których profil nie zawsze jest spójny z założeniami programu. Musimy też wiedzieć, czym się różnią firmy, które dostały publiczne wsparcie, od tych, które go nie dostały, jaki był efekt netto. Tylko wtedy się dowiemy, na ile skuteczne są działania. Na stronie resortu infrastruktury jest licznik pokazujący, ile zainwestowaliśmy dzięki UE, a ja chciałbym, by pojawił się licznik, ile na tym zarobiliśmy.

To jak ten model wsparcia powinien wyglądać u nas?

W Finlandii przedstawiciele Tekes wsiadają do samochodów i jeżdżą po kraju, docierają do firm i na miejscu pytają, jak pomóc. Trudno coś takiego wyobrazić sobie w Polsce. A rolą instytucji sektora publicznego powinno być docieranie do przedsiębiorstw, które same często nie chcą mieć z sektorem publicznym nic wspólnego. Nikt nie próbuje znaleźć tych naszych czempionów i zadać im fundamentalnego pytania: jak mogę pomóc? I nie zawsze chodzi o pieniądze. Przedstawiciel takiej instytucji może pomóc przedsiębiorcy wyjechać na zagraniczne szkolenie w zarządzaniu innowacjami albo przeprowadzić przedsiębiorcę przez cały proces opatentowania jakiegoś rozwiązania. Taki przedsiębiorca często nawet nie wie, że na swój pomysł może uzyskać patent polski, europejski, a jeśli trzeba, to i amerykański. Proszę mi wskazać w Polsce urząd, który wie, jak to zrobić, i może kompleksowo pomóc w tej sprawie firmie.

Które obszary powinniśmy wspierać? Kilka lat temu wydawało się, że może nim być wydobycie gazu z łupków.

Nie jestem pewien, czy łupki to przykład porażki państwa. Porażką byłoby, gdyby państwo tego nie wsparło, bez względu na ostateczny rezultat. Trudno winić premiera, że ktoś w odwiercie nie znalazł gazu. Kto wie, czy w przyszłości pojawi się nowa technologia, która będzie o wiele skuteczniejsza niż fraking.

Oprócz łupków jeszcze coś jest warte wsparcia?

Rząd już to określił. Mamy wiele strategii, w tym kilka nieoficjalnych. Przykład takiej listy priorytetów to inteligentne specjalizacje opracowane przez Ministerstwo Gospodarki. Jest na niej 18 obszarów, na które Polska chce wydać 10 mld euro do 2020 r., głównie z funduszy unijnych. Na tej liście jest np. produkcja zdrowej żywności – rząd uznał, że to nasza silna strona i trzeba ją wspierać. Tyle że wybranie takich priorytetów to dopiero koniec początku drogi. Ważniejsze jest, co robimy już po ich określeniu i jak sprawdzamy, czy wybraliśmy dobrze. Lista priorytetów powinna być żywa, reagująca na zmiany w gospodarce, na pojawianie się nowych branż. Takie są założenia krajowych inteligentnych specjalizacji – te 18 wybranych obszarów powinno być poddane ciągłej weryfikacji. Żeby to było możliwe, kluczowe jest postawienie biznesu w centrum współdecydowania o innowacjach. To przedsiębiorcy mają nam powiedzieć, gdzie widzą potencjał rozwóju biznesu i innowacji.

Jak miałoby to wyglądać?

We współpracy z Ministerstwem Gospodarki jako Bank Światowy projektujemy i testujemy teraz proces (proces przedsiębiorczego odkrywania), który będzie zbierał od przedsiębiorców informacje o trendach biznesowych i technologicznych, pomagał docierać do przedsiębiorstw z największym potencjałem rozwoju i dostosowywał instrumenty publicznego wsparcia do zmieniających się potrzeb biznesu. Ten system ma również pomóc zidentyfikować firmy czempionów i śpiące królewny. Ci pierwsi już są dobrzy, trzeba im tylko pomóc wypłynąć na szerokie wody. Ci drudzy potrzebują impulsu, by się zacząć rozwijać, mają potencjał, tylko o tym nie wiedzą. Ktoś im musi pomóc, żeby z płotek stali się rekinami albo przynajmniej połączyli się w ławicę, która też będzie miała siłę przebicia i wypłynie na szerokie wody. Mówiąc inaczej, nie wystarczy powiedzieć „produkcja zdrowej żywności to przyszłość”, trzeba jeszcze wiedzieć, czy w branży działają firmy, które chcą być mistrzami świata. Jeśli ich właścicieli interesuje tylko przeżycie z dnia na dzień, wychowanie dzieci, zakup mercedesa i przejście na emeryturę – to nie ma co zawracać sobie głowy takimi firmami. Zidentyfikowanie tych potencjalnych mistrzów świata jest trudne, bo najczęściej na pytanie, co państwo może dla nich zrobić, odpowiadają: zostawić nas w spokoju.

To może trzeba zadać inne pytanie?

Oczywiście. Rzadko pyta się przedsiębiorców, w co chcą inwestować. Nam się wydaje, że to może jest biotechnologia albo nanotechnologia, bo inwestuje w nią 150 krajów na świecie i jak minister powie, że chce ją wspierać, to go nikt nie skrytykuje. Ale od ludzi, którzy działają w tej branży, warto się dowiedzieć, czy nasz kraj rzeczywiście ma w tej dziedzinie potencjał i – jeśli tak – to w co konkretnie zainwestować. Dam przykład: wydawało nam się, że obszarem, w którym Polska może mieć przewagę konkurencyjną, może być technologia smart home, czyli wszystko, co wiąże się z inteligentnym domem, od aplikacji na telefon przez kotły CO po pasywne rozwiązania energooszczędne. Zaczęliśmy o tym rozmawiać z grupą przedsiębiorców z Dolnośląskiego działających w tej branży. I okazało się, że to niekoniecznie smart home jest tą specjalizacją, w której pytane przez nas firmy widzą jakiś potencjał, tylko technologia asissted living, czyli rozwiązania pomagające niepełnosprawnym i osobom starszym w godnym życiu. Że mamy tam produkty, usługi i ludzi, którzy taką przewagę konkurencyjną mogą wypracować.

No dobrze, załóżmy, że zbierzemy te informacje od firm. I co dalej?

Powinnyśmy informacje od firm skonfrontować z wiedzą i potencjałem badawczym i naukowym w danej branży, analizami rynku i statystyką, np. co do poziomu konkurencyjności danego obszaru. Dzięki takiemu procesowi, opartemu na danych nie tylko z góry, zza biurka urzędnika, ale przede wszystkim na informacjach z dołu, od przedsiębiorców, będzie łatwiej zdecydować, czy w danej dziedzinie mamy potencjał oraz czy i jak pomoc publiczna może tę dziedzinę wspierać. Dzisiaj władze działają głównie na podstawie danych GUS. Tyle tylko, że te dane są często sprzed roku – dwóch. Jakie dziś możemy podejmować decyzje o przyszłości, tym bardziej o przyszłości innowacji, skoro dysponujemy nieaktualnymi informacjami? To tak jakby jechać samochodem, patrząc we wsteczne lusterko.

Czy to oznacza, że aby dobrze prowadzić politykę przemysłową, trzeba najpierw zapytać biznes?

Tak, ale to nie wszystko. Instytucje muszą pozyskiwać informacje z biznesu na różne sposoby. Ale tu znów dochodzimy do sprawy wykonania tego pomysłu. Ta informacja musi być wysokiej jakości. Premier czy marszałek województwa powinien być jak generał na wojnie: podejmować decyzje na podstawie danych z wielu źródeł i elastycznie reagować na zmiany. Ponieważ dziś nie ma wielu danych do dyspozycji, to jest problem. Nie wiemy, jakich instrumentów używać w konkretnych sytuacjach, by osiągnąć zakładany cel. Możemy mieć ogólną strategię, jak na wojnie, ale potem tę strategię trzeba rozpisać na konkretne zadania dla dowódców poszczególnych frontów. My mamy strategię – chcemy dogonić Zachód w ciągu 20 lat – ale w szczegółach wygląda to tak, że dowódcy mają często tylko jakąś starą mapę i na jej podstawie podejmują decyzje, co dalej.

Gdzie pan – choćby intuicyjnie – widzi obszary, które należałoby wspierać w ramach polityki przemysłowej?

Nie będę wskazywał konkretnych branż. Na jedno zwrócę uwagę: nie ma przestarzałych przemysłów, są tylko przestarzałe technologie. W każdym przemyśle można znaleźć nowoczesne technologie, które tworzą ogromną wartość dodaną. Dam przykład firmy z województwa świętokrzyskiego działającej w branży rolno--spożywczej, która produkuje olej z nasion truskawek w cenie 200 euro za litr. Wynika z tego wniosek: w każdym biznesie, nawet pozornie nie najbardziej nowoczesnym, można wygenerować produkt, w którym wartość dodana na pracownika może być wyższa niż np. w KGHM. Kluczowe jest więc stworzenie systemu, który będzie identyfikował firmy z największym potencjałem i im w skuteczny i profesjonalny sposób pomagał. To zaś wymaga często fundamentalnej zmiany w sposobie myślenia decydentów i działania instytucji. Wynika z tego, że rządzący nie powinni mieć wielkich doktryn, np. od teraz wspieramy hutnictwo albo nastawiamy się na elektronikę. Sama strategia to za mało. Warto odrobić pracę domową w tych organicznych elementach, które ostatecznie decydują, czy na koniec dnia mamy ferrari, czy żiguli. I to nie jest tak, że nasz sektor publiczny nie ma tej świadomości. Bo ma, Polska ma plan. Decydenci zdają sobie sprawę, że jest ogromna różnica, czy kraj produkuje ziemniaczane chipsy, czy mikrochipy. Rolą sektora publicznego jest pchanie gospodarki w kierunku mikrochipów. Jak to robimy w Polsce? Próbujemy to robić tak, jak większość krajów na świecie, czyli wspieramy badania i rozwój oraz innowacje. Żeby jednak się udało, ważne są nie tylko dobre strategie, ale przede wszystkim wykonanie.


*Interview originally published by Dziennik Gazeta Prawna on April 6, 2015.

 



Api
Api