Język strony:

OPINIA

Dotacje sprzyjają marnotrawstwu

Xavier Devictor

Rzeczpospolita

17 kwietnia 2014

Kontakty medialne

W ostatnio prowadzonych dyskusjach na temat ukraińskich reform na pierwszy plan wysuwa się kwestia dotacji do cen energii, które przynoszą szkodliwe skutki zarówno pod względem społecznym i finansowym, jak i z punktu widzenia środowiska naturalnego oraz przestrzegania zasad.

Polska ma własne doświadczenia z cenami ustalanymi w sztuczny sposób w oderwaniu od gospodarczej rzeczywistości, a także z szeroko zakrojonymi dotacjami, które ostatecznie napędzają korupcję.  Polacy na własnej skórze poznali szkodliwe efekty takiej polityki. A jednak wiele krajów nadal ją stosuje - od Europy Wschodniej po Bliski Wschód i od Ameryki Łacińskiej po Azję Wschodnią.

W wielu przypadkach dotacje do cen energii biorą się zapewne z dobrych intencji – twórcom polityki zależy na tym, aby najuboższych było stać na zakup gazu i paliw potrzebnych do codziennego życia. Na pierwszy rzut oka likwidacja dotacji może się wydawać niesprawiedliwym i bezwzględnym działaniem dodatkowo utrudniającym życie ludziom, którzy i tak ledwo wiążą koniec z końcem.

Jednak w tym przypadku mamy do czynienia z sytuacją, w której polityka wynikająca z dobrych intencji może przynosić opłakane skutki.

Okazuje się, bowiem, że na dotacjach do cen energii wcale nie korzystają głównie ubodzy czy choćby przedstawiciele niższej klasy średniej. Jak wynika z licznych badań na ten temat, najwięcej zyskują najbogatsi: to oni mają większe domy, które trzeba ogrzać i mocniejsze samochody, które zużywają więcej energii... Koncepcja mająca na celu ochronę ubogich przerodziła się w transfer środków publicznych do zamożniejszych warstw społeczeństwa.

Co więcej, dotacje sprzyjają marnotrawstwu. Dotowana energia jest stosunkowo tania, a zatem i marnowanie energii niewiele kosztuje. Kraje silnie dotujące energię z reguły nie słyną z oszczędności ani efektywności energetycznej.  A liczby są niebagatelne: na przykład energia marnowana w krajach byłego bloku socjalistycznego (czyli ilość energii, jaką można by zaoszczędzić, gdyby systemy energetyczne w tych krajach były tak efektywne jak w OECD) jest równa… całkowitemu zużyciu energii w Ameryce Łacińskiej. Niższe dotacje, czyli wyższe ceny, niewątpliwie doprowadziłyby do bardziej efektywnego użytkowania.  

Dotacje energetyczne często oznaczają drenaż publicznych zasobów. Zamiast inwestować w przyszłość – tzn. budować szkoły, rozwijać infrastrukturę i modernizować szpitale – kraje wydają środki na natychmiastową konsumpcję. Poza tym, z powodu dotacji kurczą się fundusze na inne wydatki społeczne (w tym takie, które faktycznie przyniosłyby korzyści najuboższym). Zważywszy, że w wielu krajach dotacje do cen energii nadal stanowią równowartość od 5 do 10 procent PKB, to właśnie one często odpowiadają za znaczną część deficytu budżetowego i są główną przyczyną zadłużenia sektora finansów publicznych.      

Wreszcie trzeba powiedzieć, że dotacje sprzyjają korupcji.  W sytuacji gdy ceny energii różnią się na obszarze jednego kraju (np. zużycie energii w gospodarstwach domowych jest subsydiowane, a w zakładach przemysłowych nie), zawsze znajdą się spekulanci gotowi kupić na jednym rynku, a odsprzedać na drugim (albo przeszmuglować przez granicę)… i w ten sposób zgarnąć dla siebie wartość dotacji. Biorąc pod uwagę skalę zjawiska może się okazać, ze niewielka grupa spekulantów błyskawicznie się bogaci kosztem pozostałej części społeczeństwa: z reguły co roku do kieszeni spekulantów trafia kilka procent PKB!

Rozwiązaniem jest urealnienie cen, o czym Polacy wiedzą doskonale, ponieważ sami ten proces przeprowadzili na początku lat 90-tych. Innymi słowy, chodzi o zlikwidowanie dotacji i wprowadzenie sprzedaży energii po cenach rynkowych.

Dlaczego tak wiele krajów wciąż unika tego rozwiązania?  Mówiąc wprost, dlatego że obawia się krótkoterminowych kosztów politycznych, gdy obywatele zobaczą drastyczny wzrost rachunków za energię. Z doświadczeń szeregu krajów – m.in. w Europie Środkowej, Ameryce Łacińskiej i na Bliskim Wschodzie – można wyciągnąć istotne wnioski przydatne w przypadku kraju takiego jak Ukraina,  która rozważa przeprowadzenie głębokich reform. Przede wszystkim wiemy, że wspomniane ryzyko polityczne da się złagodzić przy pomocy odpowiedniego połączenia komunikacji i kompensaty.

Komunikacja – trzeba przedstawić opinii publicznej przyczyny wprowadzanych zmian podkreślając, że coś, co w założeniu miało służyć najuboższym w rzeczywistości wyrodziło się we wsparcie dla zamożnych, albo wręcz prowadzi do korupcji, i jednocześnie wyjaśnić, na co zostaną wydane środki zaoszczędzone dzięki likwidacji subsydiów.   

Kompensata – w trosce o to, aby pozbawieni dotacji najubożsi nie znaleźli się w gorszej sytuacji. Tam, gdzie funkcjonuje system pomocy społecznej jest to stosunkowo łatwe zadanie: rząd może podnieść zasiłki z pomocy społecznej proporcjonalnie do kwoty utraconych dotacji. Nawet przy uczciwej rekompensacie dla najuboższych rząd i tak bardzo dużo zaoszczędzi, gdyż dotacje trafiają głównie do zamożnych, a także  częściowo „znikają” w wyniku korupcji.

Pojawiają się oczywiście głosy nawołujące do ostrożności i podkreślające, że tak trudne reformy wymagają czasu. Rzeczywiście, czasami pośpiech przynosi więcej szkody niż pożytku. Jednak rzekoma ostrożność może bardzo łatwo stać się wymówką dla zwykłego kunktatorstwa, zwłaszcza w przypadku osób, które mogą najwięcej stracić na dobrze przeprowadzonej likwidacji subsydiów: nie najuboższych, lecz szybko bogacących się spekulantów. Gdy kraj znajduje się na progu załamania gospodarczego, zdecydowane działania mogą się okazać jedynym słusznym wyjściem.